Niby nikt nie ogląda...

Polski widz nie durnieje. Bo żeby zdurnieć trzeba najpierw być mądrym. To, że według wielu telewizja była kiedyś bardziej wartościowa, wcale nie oznacza, że kiedyś widz był bardziej wyrafinowany.

O wiele bardziej prawdopodobne jest to, że kiedyś duża część Polaków nie rozumiała co ogląda. Oglądano to co było, a ponieważ kiedyś w telewizji rządzili ludzie mądrzy o dużej wrażliwości, to i oferta była bardziej wartościowa. Także dzisiaj największymi antenami w Polsce kierują fantastyczni specjaliści, ale rządzi kto inny. Rządzi panel telemetryczny.

W Ameryce już się mówi i pisze o tym, że sam panel telemetryczny to za mało by zmierzyć prawdziwą wartość seriali i programów telewizyjnych. Nie chodzi o to, że ktoś nagle przestał wierzyć metodologii stosowanej w badaniach firmy Nielsen. Metody pomiaru są cały czas ulepszane, a naukowcy za nimi stojący to wybitni specjaliści, więc nie ma powodu, by im nie ufać. Zauważono natomiast, że dzisiaj o wartości serialu nie świadczy tylko jego oglądalność podana w tradycyjnych punktach Nielsena. Zaczęto na przykład mierzyć oglądalność seriali nie tylko podczas ich premierowej emisji, ale także siedem dni po niej, w momencie, gdy dany odcinek jest odtwarzany z twardego dysku dekodera, na którym został uprzednio nagrany. Jak podaje magazyn WIRED, na skutek takich pomiarów oglądalność niektórych seriali potrafi wzrosnąć aż o 64 proc.

Reklamodawcy wiedząc o tym, że tradycyjny sposób oglądania się kończy i że bardziej myślący i lepiej sytuowany widz zaczyna uciekać od tradycyjnej telewizji, zaczęli kombinować, jak zarabiać na tym, że ktoś ogląda nie „na żywo”, ale odpala nagrany serial wtedy, kiedy chce. Jak donosi WIRED, wzięto nawet pod uwagę to, że przy nagranych serialach ludzie przewijają reklamy. Opracowano metody takiego montażu, który umożliwia podanie przekazu komercyjnego nawet w przyśpieszonym tempie. Skupiony widz przewija czekając pilnie na koniec reklam i dostaje po oczach logo produktu, nie wiedząc nawet, jak bardzo jego mózg wtedy koncentruje się na obrazie. Bo przecież trzeba uważać, by nie przegapić końca przewijanej przerwy reklamowej.

W Polsce coraz większa ilość operatorów kablowych i satelitarnych wyposaża swoich abonentów w dekodery z funkcją nagrywania. Można założyć, że tak samo jak w Stanach, oglądalność dużej części wartościowych programów wzrosłaby, gdybyśmy brali to pod uwagę przy podawaniu wyników oglądalności. Wiem po sobie, że nie raz nie mogłem z powodu innych zajęć oglądać nowego odcinka świetnych polskich seriali, takich jak „Ekipa”, czy „Pitbull”. Nie raz obejrzałbym chętnie, po fakcie, Teatr Telewizji, czy dobry program publicystyczny. Żyjemy w takim tempie, mamy tyle zajęć, że ciężko jest się „umówić” ze swoim telewizorem na 21:00 w każdy poniedziałek. I właściwie nie ma po co, jeśli można sobie to nagrać i w leniwe niedzielne popołudnie nadgonić zaległości.

To właśnie nowoczesne formy pomiaru będą mogły uratować wartościową telewizję. Jeśli tak się nie stanie to oferta polskich anten będzie „ustawiana” przez miłośników mięsnego jeża i tanich telenoweli, które oglądane są ciurkiem przez masy, w domach, gdzie kiepska rozrywka telewizyjna stała się podstawową formą spędzania wolnego czasu. Pomimo tego, że nasze społeczeństwo cały czas rozwija się intelektualnie, przybywa studentów, a biuro patentowe ma coraz więcej pracy, to póki co więcej jest ludzi nisko wykształconych, o mało wysublimowanych gustach. Ten fakt odzwierciedla panel telemetryczny, więc siłą rzeczy częściej oglądane są proste programy o niskim poziomie intelektualnym.

Rozwój technologii i serwisów umożliwiających korzystanie z treści video spowodował, że życie dobrego serialu to nie tylko jego emisja w telewizji tradycyjnej i odtwarzanie z nagrywarek. Dziś, na świecie (w Polsce już też!), ogląda się treści za pomocą całej armii serwisów i gadżetów: Hulu, Netflix, Apple TV, Amazon Prime, iTunes, smartphonów, tabletów. Zauważono, że są seriale, których niby nikt nie ogląda, ale wszyscy je znają. Wysmakowane Breaking Bad, Girls czy Mad Men to produkcje, które mają stosunkowo niską oglądalność podczas emisji w TV, ale generują niesamowitą ilość komentarzy na portalach społecznościowych i przede wszystkim na Twitterze. Wszyscy o nich gadają, wkręcają się w fabuły i przeżywają poczynania głównych bohaterów. To oznacza, że całkiem pokaźna oglądalność budowana jest na innych platformach przekazu niż w TV. Instytuty badawcze pracują nad metodami, które pomogą to zaangażowanie w seriale i programy zmierzyć. Będzie można zacząć na tym zarabiać.

Czerpanie zysków z tego, że o czymś się tweetuje, rozmawia, dyskutuje - to będzie coś. Oby jak najszybciej. W przeciwnym razie o tym, co jest produkowane dla telewizji, będą decydować tylko Państwo, którzy wchodzą w skład panelu telemetrycznego. Oznacza to równanie w dół i zaspokajanie najniższych oczekiwań. Jeśli ktoś nie wie czym to grozi, niech włączy telewizor i zrobi sobie przegląd największych anten w Polsce. Pora dowolna.
Trwa ładowanie komentarzy...