Duma narodowa to ostatnio gorący temat. Mam jednak wrażenie, że wielu z nas postrzega to pojęcie w dość tradycyjny sposób. Podejrzewam, że kultywujemy tę dumę narodową, którą Schopenhauer nazwał najmniej wartościowym rodzajem dumy. Według tego filozofa każdy żałosny dureń, który nie posiada nic na świecie, z czego mógłby być dumny, chwyta się ostatniej deski ratunku, jaką jest duma z przynależności do danego narodu. Z wdzięczności gotów jest bronić rękami i nogami wszystkich głupstw, jakie ten naród reprezentuje.
W Polsce dochodzi jeszcze jeden problem. Dumę narodową staramy się kreować za pomocą nieszczęść, niepowodzeń i porażek. Politycy odwołują się do staroświeckiej definicji patriotyzmu, który bazuje na pojęciu ofiary, a nie konstruktywizmu. Tak jest w przypadku Powstania Warszawskiego. Co roku uczestniczymy w spektaklu, który jest głównie komercjalizacją cierpienia i niepojętej, abstrakcyjnej wręcz w swoim okrucieństwie, straty.
Jako chłopiec byłem poddany tej indoktrynacji. Wychowując się na Mokotowie nie było spaceru podczas którego nie przechodziłbym obok tablicy, która mówi o tym, ilu Polaków zabili hitlerowcy. Wiedziałem, że trzeba podchodzić do tych miejsc z powagą i szacunkiem, niemniej jednak zastanawiałem się nad tym, jak to mogło się stać, że ci hitlerowcy byli tak skuteczni. Nie rozumiałem dlaczego moi rodacy byli tak skutecznie mordowani przez kogoś z zewnątrz. Dla mnie była to porażka po porażce, na każdej ulicy mojego miasta, polskiego miasta, ktoś obcy zabijał naszych i to w ogromnej ilości. Oczywiście Babcia tłumaczyła mi, że była okupacja i że na nas najechali źli Niemcy, ale zdziwienie i poczucie niesprawiedliwości, aż wreszcie kompleks niższości, pozostały na całe życie.
Powstanie może być jednak powodem do dumy, ale tej nowoczesnej, która wynika ze sprytu, pragmatyzmu, pomysłowości i ciężkiej pracy. Musimy jednak przenieść uwagę na bardziej pozytywne aspekty. Nie mówić tylko o ofiarach i poświęceniu, ale też doszukiwać się pozytywów. A przecież było sporo małych „zwycięstw”, które może nie miały decydującego znaczenia w ogólnym przebiegu Powstania, ale są dowodem na to, że Polacy nie byli tylko ofiarami i skaczącymi w przepaść lemingami. Dlaczego nie powstaną tablice pamiątkowe mówiące o tym, że w tym miejscu Powstańcy zdobyli niemiecki czołg (a przecież podczas Powstania zdobyliśmy ich kilka, w tym dwie Panthery)? Może powinniśmy, któregoś sierpnia zrobić coś, by upamiętnić miejsca, w których powstawały barykady. Wspaniałe przykłady mobilizacji i taktycznego myślenia. Bardzo ciekawą konstrukcją, często nazywaną barykadą, był przekop pomiędzy Alejami Jerozolimskimi 17 i 22. Było to jedyne połączenie Śródmieścia północnego z południowym. Innym ciekawym przedsięwzięciem saperskim, wymagającym wiedzy oraz umiejętności, był tunel pod ulicą Wiejską.
Mało co pomoże zniwelować dysproporcję, jeśli chodzi o ofiary śmiertelne. Nie uciekniemy przed tym, że zginęło około 150 tysięcy Polaków. Możemy jednak postarać się dostrzec w tej tragedii chwile, które pomogą młodym Polakom być dumnym nie tylko z tego, że byliśmy łatwym celem dla najeźdźcy i ofiarnie szliśmy na rzeź, ale także z tego, że czasami, choć na chwilę, potrafiliśmy temu najeźdźcy skopać dupę, przechytrzyć go i zwyciężyć.
